Piętnujmy idiotyzmy w pisaniu o kulturze popularnej.
Kategorie: Wszystkie | FILM | KOMIKS | KSIĄŻKA
RSS
piątek, 27 listopada 2009
Proszę księdza, ratunku!

Z braku lepszych rzeczy kuriozum z nieco innej beczki, którego zresztą można się było spodziewać wcześniej lub późnie, ale - szczerze mówiąc - nie sądziłem, że w Pologne (bo, że w JUESEJ to było wiadome.

Ludziska tak się posrali po gaciach oglądając badziewne filmidło Emmericha, że natychmiast pobiegli do księży, błagając (i pewnie wciskając księżulom drogocenne paciorki), aby ci odpuścili im wszelkie grzechy i odwołali koniec świata.

Czyżby przestraszyli się tej sceny?

Tagi: 2012
09:46, popkuriozysta , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009
Doświadczenie wsteczne

No dobra, to może nie jest jakieś wielkie kuriozum, ale z braku laku...

...przyczepimy się do...

...Co Jest Grane!!!

Tym razem czytamy w zeszłopiątkowym wydaniu (20.11.09) o komiksie "Largo Winch":

Doświadczony scenarzysta (Van Hamme ma w dorobku zarówno utrzymanego w konwencji fantasy "Thorgala", jak i nieco podobną do "Largo Winch", jesli chodzi o klimat i scenerię serię "XIII") pewną ręką prowadzi bohatera (...)

Tylko polecając zbiorczy album redaktor Gulda zapomina, że to doświadczenie Van Hamme zdobywał właśnie na Largo. Owszem, komiksowa wersja pojawiła się dość późno, ale już chyba każdy wie (bo z okazji filmu trąbili o tym wszem i wobec), że jeszcze przed komiksami (no, powiedzmy, że w okolicach początków "Thorgala") były powieściowe wersje Largo Wincha, które niespecjalnie różniły się od komiksu jeśli chodzi o fabułę, były wręcz bogatsze.

Do tego przydałoby się nauczyć liczyć:

Ten album, który mieści w sobie cztery wydane wcześniej zeszyty (...) Cała seria liczy dziś 16 części, a więc pozostaje nam czekać na kolejne cztery zbiory przygód Wincha.

21:21, popkuriozysta , KOMIKS
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 listopada 2009
Realistyczne realia

Po raz pierwszy komiks, nie po raz pierwszy GW. W CJG za 6-12 listopad czytamy o "Berlinie" Marvano:

Komiks Marvano narysowany jest w dość często wykorzystywanym przez beligijskich twórców, bardzo realistycznym i przejrzystym stylu.

Hmm, "Wieczna wojna" i "Dallas Barr" nie wydawały mi się "bardzo" czy "hiper" realistyczne, choć "realistyczne" na pewno były (i zajebiste). Ale postanowiłem się upewnić:

Tak, blade, płaskie twarze, praktycznie bez cieni, zmarszczek itp. - rzeczywiście "bardzo realistyczny" styl.

18:35, popkuriozysta , KOMIKS
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 listopada 2009
Who captured Jimmy the Carrey?

Metro jak zwykle nie zawodzi. W promocyjnym artykuliku, w jakich zwykle celują, dziennikarz/ka podpisany tylko inicjałem (wiedział co robi), pisze tak oto:

Rozgrywająca się w XIX-wiecznym Londynie historia, napisana 166 lat temu przez Karola Dickensa, ma ponadczasowe przesłanie. Zrealizowana w technologii 3D ekranizacja Roberta Zemeckisa dodaje jej supernowoczesną formę. Może nie spodoba się ona konserwatywnym fanom pierwowzoru, ale trzeba przyznać, że metoda motion-capture (nakładanie animacji na prawdziwych aktorów) robi duże wrażenie.

Wypadałoby wiedzieć, że choć nie jest poważnym błędem nazwanie produkcji Zemeckisa robioną w technologii "motion capture", to jednak wypadałoby - w dzisiejszych czasach - doprecyzować, że chodzi właściwie o "performance capture", robiony za pomocą zupełnie nowych technik i mający się do mc prawie tak jak mc do zwykłej animacji. Performance capture jest o tyle nowatorski, że odtwarza nie tylko ruchy postaci, a więc zajmuje się skalą makro, ale też stara się wiernie odwzorowywać mimikę twarzy konkretnych aktorów.

Zwłaszcza, że w kolejnym artykule, w wersji gazetowej połączonym z tabelką zawierającą przegląd najważniejszych filmów Zemeckisa, czytamy takie coś:

"Ekspres polarny" (2004) - pierwszy duży film w całości zrobiony przy użyciu techniki motion capture

Zapewne chodziło właśnie o "performance capture", bo jako "motion" na pewno nie był pierwszy. No, chyba że filmik za 30milionów dolarów, z gwiazdami, trwający półtorej godziny, według autora nie zasługuje na miano "duży"...

poniedziałek, 16 listopada 2009
Kto lubi filmy o trzygodzinnym błąkaniu się po lesie i rozmyślaniu o stłumionym homoseksualizmie

Nie wiecie? Nazwisko tego pana zdradzi Wam jego kolega z redakcji.

Zresztą delikwent sam często i gęsto bez żenady przyznawał się, że na kinie rozrywkowym, pełnym nowinek technicznych i którego wartość zawiera się w sferze wizualne - kompletnie się nie zna i nie lubi. Ot, na przykład przy okazji Jacksona (cóż za piękne zdanie: "Producenci zachwalają "krystalicznie czysty obraz i dźwięk", efekty 3D i różne inne cuda. To akurat interesuje mnie najmniej" - prawdziwa deklaracja ideowa intelektualisty).

Dobrze, że choć czasem wykazuje odrobinę rozsądku, pisząc na przykład o "Pile", że "Fanów serii i tak zachęcać nie ma sensu, podobnie jak nie ma sensu przeciwnikom tego typu "rozrywki" wizyty w kinie odradzać." (choć i tu nie mógł sobie odpuścić cudzysłowu).

Wraz z gigantyczną wtopą jego kolegi z łamów potwierdza to tylko żenującą kondycję filmowego działu GW...

10:42, popkuriozysta , FILM
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
Ja to lubię takie SF co to nie ma w nim SF

...tako rzecze felietonista film.wp.pl:

Fantastyczne wizje są w gruncie rzeczy tylko ornamentem, sztafażem, kostiumem. Można je lubić albo nie lubić. Ja akurat nie przepadam, toteż dzieła tego gatunku są mnie w stanie zafrapować wyłącznie wtedy, gdy mówią mi coś ciekawego o świecie współczesnym, a nie plotą bajdy o tym, co może się zdarzyć albo nie zdarzyć się w nieokreślonej przyszłości.

No przecież! Kino gatunkowe to zuooo, a tak w ogóle to ono nie mówi o tym o czym mówi, tylko mówi o tym o czym nie mówi, czyli o tym co się kryje pod - i tu uwaga na słowo-klucz - SZTAFAŻEM.

Pierdolety takie, że aż zęby bolą, ale darujmy głupawe poglądy, trzymajmy się faktów. Oto one:

Skądinąd, widzę u twórców filmowego science-fiction tendencję do odchodzenia od „kreacjonizmu“. Od budowania futurystycznych dekoracji (one, jak wiadomo, starzeją się najszybciej) i wymyślania kosmicznych fabuł. Modne jest teraz wrzucanie w jak najbardziej realny, swojski świat obcych elementów.

BUAHAHAHAHA! Odchodzenie od futurystycznych dekoracji? Fikcyjny świat "Avatara", odległa przyszłość "Star Treka", postapokalipsa "Drogi", "The Book of Eli" i wcześniej "WALL-E" (tzn. tutaj postapo tylko w pewnym sensie, raczej umownie) czy czwartego "Terminatora". I to tylko największe przeboje. Ah tak, mamy przecież "Transformers", "Cloverfield", "Dzień w którym zatrzymała się Ziemia", "Iron Man" - no tak, te hity rzeczywiście wrzucają obcy element we współczesny swojski świat. I wychodzi z tego wieeelkaaa głębia. Yeah, right. Gdzie te uniwersalne wartości i jakieś przesłanie, jakąś głębię mamy? Zapwne w "Moon", które rozgrywa się - olaboga! - nie dość, że w przyszłości to jeszcze w fikcyjnej bazie na Księżycu!

Przeszłość w debiucie Blomkampa jest obecna w postaci nawiązań do niskobudżetowych amerykańskich produkcji z lat 50. - kosmici czy inne alieny atakowały w nich Ziemię (czytaj Stany Zjednoczone), by ją podbić i zniszczyć. Filmy te czytano jako metaforą „zimnej wojny“, ostrzeżenie przed „czerwonymi“, którzy zagrażają Ameryce. Obcy w tych filmach był zawsze zły i anonimowy. Odstraszał już swoim makabrycznym wyglądem. Zjawiał się nie wiadomo skąd w jednoznacznie wrogich zamiarach.

"Dystrykt 9" nawiązuje do SF z lat 50-tych? Niby czym/jak? Chyba samym faktem, że są tu kosmici... Bo przecież to nic, że sam reżyser mówi o inspiracji niskobudżetowym, "brudnym" SF lat 80-tych, "Robocopem" czy "Terminatorem" (nie mówiąc o tym, że widać to gołym okiem - no ale widzą tylko ci, którzy to kino znają choćby pobieżnie) - pan felietonista przecież wie lepiej.

Tak to się kończy jak ktoś pieprzy byle pieprzyć nie znając się kompletnie na temacie. I jeszcze sam się do tego przyznaje!

sobota, 14 listopada 2009
Mało inteligentnie o małym ekranie

...czyli znów GW, ale tym razem "Telwizyjna".

Na rozgrzewkę aktualny tydzień i notka o "Garfieldzie" granym wczoraj o 20, podpisana przez niejakiego stana:

Filmowy Garfield nie jest prawdziwym kotem. Wykreowano go w komputerze i wklejono do filmu między aktorów i prawdziwe zwierzęta, jak w filmie "Kto wrobił Królika Rogera?".

Ja przepraszam, co jest tak samo jak w "Rogerze"? Też bohater nie jest prawdziwym kotem? No chyba to (zresztą się zgadza, jak się nietrudno domyśleć po tytule, kotem nie jest na pewno), bo raczej "Roger" nie był wykreowany w komputerze, ani nie występowały tam za specjalnie zwierzęta, prawdziwe czy nie (Roger był animkiem, postacia rysunkową równie wiele mającą wspólnego z królikiem co Baby Herman z dzieckiem).

A teraz z grubszej rury, choć tekst odgrzebałem sprzed trzech tygodni ("Gazeta Telewizyjna" 23-29.10.2009 str. 3 - jakby ktoś chciał sprawdzić, bo w internecie niestety tego tekstu nie ma. Rzecz idzie o esej Kamila Śmiałkowskiego "Hollywood buszuje w komiksach" - tekst ilustrowany "Ghost Riderem", którego premiera polsko-telewizyjna była podówczas w Polsacie.

Ekranizacji komiksów, zwłaszcza w ostatnich latach, się namnożyło. Nie, żeby wczesniej ich nie było. Ale teraz komiksowi superherosi lądują w kinach przynajmniej raz na kwartał. Towarzyszy im drugie tyle komiksowych horrorów (30 dni nocy), kryminałów (Zamieć) czy filmów sf (Surogaci)

Pomijając błąd składniowy ("komiksowych horrorów, kryminałów i sf" powinno być, a nie "komiksowych filmów sf") to trochę słabo wypada to liczenie, że wszystkie inne ekranizacje komiksów to drugie tyle co superbohaterskich. Główna myśl też się nie trzyma kupy. Owszem, w zeszłym roku było sporo (Hulk, Iron Man, Punisher, Batman - bo Hellboy nie jest raczej typowym superbohaterem, a Hancock nie jest na podstawie komiksu) i uśredniając - bo nie pojawiali się regularnie - można przyjąć, że wypadał jeden film na kwartał. W tym roku tylko Spirit (właściwie jest zeszłoroczny), Strażnicy i Wolverine - i więcej już nie będzie - więc raptem trzy w roku. W 2007 też tylko 3 - SpiderMan, Ghost Rider i Fantastic Four. W 2010 poza Iron Manem nie ma oczywistych kandydatów (Jonah Hex i Kick Ass - ale to nie jest typowe superhero).

I teraz idzie taki ciąg:

Wszystko przez latajacych koleżków z powiwającymi pelerynkami. Kino zachwyciło się nimi już pod koniec lat trzydziestych.

Jaaasne... pierwszy Batman, serialowy w 1943 roku; pierwszy superman w 1948 (animowany w 1941); Kapitan Ameryka (pomijając że nie nosił peleryny i nie latał) w 1944 - pod koniec lat 30-tych to te komiksy dopiero powstały!

Potem było lepiej. Cztery filmy o Supermanie i drugie tyle z Batmanem udowodniły malkontentom, że na superherosach można zarobić.

Pfff... dobre mi udowadnianie, filmy robione raz na kilka lat przez dwie dekady.

Współczesny potop rozpoczął się jednak od komiksu z odrobineinnej bajki

no pewnie, bo to Marvel a nie DC...

Przygody półwampira "Blade"...

Chyba bez cudzysłowu bo miało być Blade jako imię a nie tytuł..

...są co prawda tytułem największego amerykańskiego wydawnictwa komiksowego Marvel. Sam bohater nieraz bratał się ze Spider-Manem czy innym Hulkiem. Ale filmowa wersja z Wesleyem Snipesem z 1998 r. to rasowy horror.

Buahahaha, Blade to rasowy horror, no litości, kolega chyba nigdy horroru nie widział, znacie kogoś kto się bał na tym filmie?

Sukces filmu wywołął lawinę ekranizacji komiksów Marvela. Początkowo tych najbardziej znanych: "Spider-Man", "X-Men", "Hulk", "Fantastyczna czwórka", "Wolverine", "Iron Man". Ale za nimi poszli bohaterowie z drugiego rzędu "Daredevil", "Elektra", "Ghost Rider".

No piękna chronologia, naprawdę. Po Blade trzeba było czekać dwa lata na X-Men i kolejne dwa na Spider Mana - ładna mi lawina. Daredevil był przed Hulkiem, a Wolverine i Iron Man dopiero w ostatnim latach, dekadę po czarnoskórym wampirze. No i jeśli Daredevil jest bohaterem "drugiego rzędu" to Wolverine tym bardziej.

Na ekrany wrócili Superman i Batman. Ten ostatni zeszłorocznym filmem "Mroczny Rycerz" na liście najwiekszych przebojów kinowych wszech czasów ustępuje miejsca tylko Titanicowi Jamesa Camerona. Ale ile można kręcić filmów o tej dwójce?

No pewnie, raptem trzy powstały ostatnio...

Zaczęło się więc wielkie polowanie na potencjalne hity. Na przykłąd takie "300"...

... które powstało PRZED "Mrocznym Rycerzem", a w planach było moze i wcześniej przed rebootem obu serii

Można postawić tezę, że mimo mrowia filmów czas ekranizacj komiksów dopiero się zaczyna. Bo na półkach w księgarniach częściej niż klasyczne oldschoolowe naparzanki mozna dziś znaleźć skomplikowane, czesto  prowokacyjne czy epickie wręcz obrazkowe opowieści. Niejedna z nich doczeka się sfilmowania.

Znaczy jakie konkretnie są te wielkie epickie dzieła? Czy może te "skomplikowane" i "epickie" to dwie różne kategorie? Hmm, moment, stare jak świat "300" też było "epickie", a mówiąc o "skomplikowanych" pewnie autor ma na myśli równie leciwego "Mausa"... No i te "oldschoolowe naparzanki"... człowieku, prowokacyjne opowieści wyparły naparzanki już jakieś ćwierć wieku temu, w momencie pojawienia się "Strażników" czy "Powrót Mrocznego Rycerza"!

Apokalipsa według Mossakowskiego

"Co jest grane", dodatek do "Gazety Wyborczej" będzi się tu pojawiał często, oj często. Panowie Pawłowie, recenzenci filmowi tegoż magazynu to bowiem znani ignoranci w kwestii kina popularnego (co jest zresztą powszechnie wiadome i całkowitą zagadką pozostaje dla mnie dlaczego jeszcze ich nie wywalili z roboty).

Ale mimo tego, że wiem, że moge spodziewać się absolutnej ignorancji i podchodzenia do Iron Mana z takimi samymi oczekiwaniami jak do Kieślowskiego, to panowie wciąż potrafią mnie zaskoczyć w kwestii baboli faktograficznych.

Oto jeden z recenzentów zabrał się za pisanie o "2012" mimo, że wyszedł w połowie seansu (albo wziął od Harrelsona nafaszerowanego czymś ogórka i odleciał...):

Jedynym, co można w tej sytuacji zrobić, to zwiewać. A dokładniej: znaleźć się w grupie szczęśliwców, która na pokładzie współczesnej Arki Noego będzie mogła opuścić miotaną kataklizmami Ziemię i gdzieś bezpiecznie atak matki natury przeczekać.

(...)

Będą także bogacze, których stać na kosztujący miliard euro bilet w kosmiczną podróż.

(...)

Przyznam, że przy takiej zasadzie selekcji dość trudno było mi np. emocjonować się kulminacyjną sceną filmu, w której rozstrzygało się "odlecą czy nie odlecą?".

(...)

Razem, samochodami oraz samolotami różnych rozmiarów, zacieśniając pod drodze tradycyjną przyjaźń rosyjsko-amerykańską, usiłują się dostać do miejsca, skąd startują kosmiczne statki

Kosmiczne statki??? W finale rozstrzygało się "odlecą czy nie odlecą"??? Ludzie! Panie! Ludzie! Temu człowiekowi za to płacą? Czy nikogo poza nim nie ma w redakcji kto mógłby chociaż online poprawić te żenujące babole?

Dla tych co filmu nie oglądali SPOILER, choć niespecjalnie trudny do przewidzenia choćby po zwiastunach - arki są mega-statkami nawodno-podwodnymi (co jest swoją drogą głupie), a o statkach kosmicznych mówi w 1/3 filmu szaleniec, od którego bohater dowiaduje się o rządowym planie. Oczywiście ten szaleniec, jak każdy miłośnik teorii spiskowych, zna fakty tylko ogólnikowo, a resztę sobie dopowiada - stąd te statki kosmiczne.

12:32, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 listopada 2009
Skończył się świat, a on uciekł...

...czyli "zabili go i uciekł" w wersji apokaliptycznej.

Jeez, jak ja nie znoszę debilnego gwałcenia logiki i języka. No bo powiedzcie, jak "grupa ludzi" może "przetrwać koniec świata"?

A według newsmenów Stopklatki można koniec świata przetrwać.

No bomba. Pewnie "Pojutrze" i "Dzień zagłady" też się kończyły dla nich końcem świata, nawet jeśli na koniec prezydent USA stał pod powiewającym gwiaździstym sztandarem...

Tak oto kończy się świaaaat...

Tagi: stopklatka
10:38, popkuriozysta , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 listopada 2009
Tajemniczy bohater tajemniczo zatytułowanej książki - zagadka kryminalna

Stopklatka wciąż nie dba o jakość swoich newsów i zapewne często będzie się pojawiać na łamach tego bloga.
Tym razem chodzi o doniesienie o planach Fiodora Bondarczuka, który nakręcić ma ponoć po angielsku film na podstawie bestsellerowej serii Borisa Akunina.

Czytamy tam:

"Winter Queen" jest pierwszą częścią przebojowego w Rosji cyklu Akunina o perypetiach detektywa Erasta Fandorinasa, w skład której wchodzi także "Turecki gambit".

eee... no i co? koniec cyklu? też mi wielki cykl... Jakby ktoś nie wiedział to ukazało się 12 części (nie licząc serii odpryskowych), wszystkie ukazały się w Polsce. Nietrudno to sprawdzić, choćby w wiki.
Może i film będzie nazywał się "Winter Queen" (tak jak, nie wiedzieć czemu, amerykańskie wydanie powieści), ale pierwsza część cyklu nazywa się "Azazel" - tak we wszystkich polskich wydaniach jak i w oryginale, więc tego nazewnictwa wypadałoby się chyba trzymać pisząc o książce.

Milla Jovovich, która wybrana została na odtwórczynię głównej roli jeszcze za jego kadencji, wciąż pozostaje związana z tym projektem.

Znaczy jakiej głównej roli? Przecież nawet w newsie stoi jak byk, że "przygody Fandorina" - a o ile pamiętam książkę, to kobiece rólki były zdecydowanie drugoplanowe, nawet jeśli chodzi o stosunkowo najbardziej wyeksponowaną Bieżecką (ale z drugiej strony ważniejszą fabularnie postacią jest lady Astair, więc to może ona jest bohaterką?).

 
1 , 2