Piętnujmy idiotyzmy w pisaniu o kulturze popularnej.
Kategorie: Wszystkie | FILM | KOMIKS | KSIĄŻKA
RSS
środa, 10 marca 2010
Darth Maul odmienił życie Jamesa Camerona

Stało się tak według "Dziennika", który na oscarowej fali opowiada o tym, jak "Gwiezdne wojny" zmieniły Camerona z kierowcy ciężarówki w reżysera i ilustruje tekst tym oto zdjęciem:

 

W sumie podróże w czasie to temat pierwszego dużego filmu Camerona...

18:03, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (2) »
środa, 03 marca 2010
Nowkaut szablozębego Rocky'ego

Tę notkę bezczelnie podkradam Piotrowi Dobremu, który zwrócił uwagę na wołający o pomstę do nieba news Stopklatki.

To nie pierwszy raz kiedy okazuje się, że ten wielki (i skądinąd bardzo dobry) wortal skąpi na znających język polski newsmenach i korekcie. Kuriozalne teksty zdarzały im się nader często, a gros z nich epatowała okrutną nieznajomością języka rodzimego.

Tu też mamy gwałcenie interpunkcji i stylistyki, słowotwórstwo w rodzaju "eranowy bokser" czy "techniczny nokwaut" i porażającą odmianą obcojęzycznych słówek. Ale i błąd faktograficzny:

"Liev Schreiber, na ekranach naszych kin ostatnio jako Sabretooth w filmie "X-Men Geneza: Wolverine".

Newsmen albo zapomniał, że było jeszcze coś takiego jak "Zdobyć Woodstock" albo, co bardziej prawdopodobne, zasugerował się stopklatkową notką o Schreiberze, na podstawie której można domniemywać, że rzeczywiście listopadowy "Woodstock" był przed majowym "Wolverinem".

Niezależnie jednak od tej drobnej przecież wpadki ogólny poziom newsów w Stopklatce to żenua...

poniedziałek, 01 marca 2010
Nie-super bohaterowie

Pewien portal poświęcony różnym głupotkom pisuje też czasem o popkulturze, oto efekt:

Jedni superbohaterowie latają, inni mają nadludzką siłę albo potrafią czytać w myślach, a Sally Juspeczyk i jej córka Laurie Juspeczyk, które zakładały na siebie skąpy kostium Silk Spectre dokonywały wielkich rzeczy przy pomocy potęgi witamin, które zawierają wszystkie polskie dziewczyny. Bohaterki komiksu (i filmu) ''Watchmen'' są na pewno wśród najseksowniejszych super bohaterek z uniwersum DC.

To, że "Strażników" wydało DC nie znaczy, że ten komiks osadzony jest w uniwersum DC, a Nocny Puchacz mógłby mógłby podać rękę Nietoperzowi...

Siergiej Radek nie ma może najbardziej polskiego imienia, ale nadrabia polskim imieniem w nazwisku. No i wręcz sarmackim wąsem. Radek jest kolejnym bohaterem nie w sensie stricte, ale członkiem specjalnej rządowej agencji S.H.I.E.L.D. zajmującej się walką z super rzezimieszkami, a konkretnie ich fizjoterapeutą.

Był fizjoterapeutą super rzezimieszków, S.H.I.E.L.D. czy superbohaterów? A może walczył z fizjoterapeutami?! A S.H.I.E.L.D. niekoniecznie zajmowała się walką z superzłoczyńcami, a na pewno nie tylko.

Właśnie to doświadczenie [Oświęcim] wielu uznaje za katalizator późniejszych działań [Magneto] - walka przeciwko ludziom miała być próbą kolejnego Holocaustu, tym razem skierowanego nie przeciw Żydom, a mutantom.

To z kim w końcu walczył - z ludźmi czy mutantami, i czego chciał - zrobić Holokaust czy jemu zapobiec?

Tagi: komiksy
09:57, popkuriozysta , KOMIKS
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 lutego 2010
Krytykowaty recenzent

Felis udaje, że oglądał "Percy'ego Jacksona":

o ileż łatwiej byłoby znieść szkołę ze świadomością, że za postacią znienawidzonego belfra kryje się latający, centaurowaty potwór

Poprawcie mnie jeśli się mylę - bo opieram się tylko na zwiastunie i jakiej takiej znajomości mitologii (a w przeciwieństwie do Pawła T. wiem co to Furie/Erynie) - ale co ma kurwa centaur wspólnego z tym czymś:

 

poniedziałek, 22 lutego 2010
Ta straszna rodzina Addamsów

Rzepa o filmie Machulskiego:

Na plakacie wampiry wyglądające trochę jak rodzina Addamsów. Ale po pierwsze, są to wampiry polskie, swojskie, wiejsko-kartoflane. A po drugie, Machulski wcale nie chce widza straszyć. "Kołysanka" jest raczej komedią niż horrorem.

No tak, Addamsowie byli przecież przerażającym horrorem na poważnie.

Jest tu więc owa "komedia niesamowita" z abstrakcyjnym humorem.

Jest CO?

08:25, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 lutego 2010
Banalny eskapizm bez technologicznych cudowności

Karolina Pasternak po raz kolejny męczy "Avatara":

Jak to się stało, że film, który – wydawałoby się – powinien trafić w gusta wyłącznie widowni filmów komercyjnych, poruszył dosłownie wszystkich? I jakim cudem jego – z tym epitetem zgodzi się chyba każdy – do bólu banalna fabuła nagle stała się tak pojemna, że mieści w sobie nie jedną, ale nawet kilka sprzecznych idei?

Bo może ona, kurwa, wcale nie jest aż tak bardzo banalna?

Wystarczy spojrzeć na inne nagradzane i popularne w tym sezonie filmy: animowany „Odlot” i „Była sobie dziewczyna” (niepozorny film Lone Scherfig ma nawet więcej nominacji do nagrody BAFTA niż „Avatar”), by stwierdzić, że – jak to w kryzysie – eskapizm jest w modzie.

Ołje! Wiedziałem, że kiedyś musi paść ta obelga "eskapizm", dziwię się, że dopiero 2-mce po premierze.

„Avatar” też tworzy utopię. Tym lepszą, że opowiedzianą w 3D. Nie oglądamy Pandory, biegamy po niej.

Ja tam siedziałem na dupie w fotelu kinowym i podziwiałem głębię ekranu.

Inna sprawa, że „Gwiezdne wojny” i całe kino nowej przygody przynosiło obietnicę cudownych technologicznych rozwiązań, które wkrótce miały stać się udziałem wszystkich. Tymczasem jedyna przepustka do świata, którym zachwyciliśmy się w „Avatarze”, to bilet do kina.

Eee? Że co? A na "Gwiezdne wojny" to przepraszam biletu nie trzeba było? A może każdy kupił sobie po seansie Sokoła Millenium i fruwał na piwko? No i tak, rzeczywiście w "Avatarze" nie ma ani krzty cudownych technologicznych rozwiązań, które mogą się stać udziałem wszystkich... (a akurat w przeciwieństwie do bajkowych, naiwnych "Gwiezdnych Wojen" wizje z "Avatara" naprawdę mogą się ziścić).

Czy nie są one aby zwykłym alibi dla tych, którzy dali się ponieść dziecięcej fantazji?

Kobieto, nie każdy jest tak zakompleksiony jak ty, żeby się wstydzić i tłumaczyć się z tego, że nie utracił dziecięcej fantazji.

08:29, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 lutego 2010
Steampunkowy Fight Club

Przekrój o "Sherlocku Holmesie":

Wiadomo było nie od dziś, że Holmes – podobnie jak jego stwórca – ma za sobą bokserską przeszłość. Ale umieścić go rozebranego do pasa w brutalnej scenie walki na pięści to już pomysł z piekła rodem (no i z pamiętnego filmu „Fight Club”), a nie sympatycznej detektywistycznej serii.

No tak, bo przecież "Fight Club" to jedyny film w historii kina, w którym z gołymi klatali okładali się po łbach....

wielbiciele staroświeckiego uroku opowieści Conan Doyle’a nie mają czego szukać w kinach. Nie uświadczą bowiem ani kraciastej peleryny, ani kaszkietu, ani ciągle pykającej fajki. Zamiast tego dostajemy dandysa, którego kostiumy przypominają raczej projekty Vivienne Westwood niż prawdziwe stroje z epoki. On po prostu wygląda modnie, ale w sensie jak najbardziej współczesnym.

Kurde, ja tam widziałem (w filmie, nie mówię o plakacie - widać recenzentka na nim się
skupiła) nie dbającego o siebie, nieogolonego obdartusa, który prezentuje się wyjątkowo
nieatrakcyjnie na tle gustownego Watsona.

 

Ta ostatnia [sympatyczna detektywistyczna seria] zresztą potraktowana została jako doskonała kopalnia scenariuszowych pomysłów, a nie jako wzorzec z Sèvres. „Sherlock Holmes” to nie jest ekranizacja.

I to jest zapewne cudowny pomysły Ritchie'go? Sorry, współcześnie każdy bohater mocno
zakorzeniony w popkulturze przeżywa na ekranie przygody wymyślone tylko i wyłącznie przez
scenarzystów, czy to będzie książkowy James Bond, czy komiksowy Batman albo Wolverine.

Pożyczone od pisarza elementy służą jednak do stworzenia zupełnie nowej układanki, w której jest miejsce i na szalone pościgi z wybuchami, i na ekwilibrystyczne pojedynki na zawieszonych wysoko nad wodą przęsłach mostu Tower, i na drwinę z okultyzmu (jako członek niejednego spirytystycznego stowarzyszenia Conan Doyle by do tego nie dopuścił), i na uczynienie z Watsona kumpla, i nawet – o zgrozo! – na love story. A przecież niewielu jest w literaturze równie aseksualnych i niepodatnych na romanse bohaterów jak Sherlock Holmes.

Gdzie, ja przepraszam, jest to przełamanie aseksualności i love story? Bo ja widziałem tylko flirt i gołe nogi Holmesa.

Ale film Ritchiego to przede wszystkim steampunk (steam – para, punk – wiadomo)...

A myślałem, że "wiadomo" na angielski przekłada się w różnych kombinacjach wyrażeń z "know/known", a widać się myliłem - od dziś jak będę chciał powiedzieć "jak wiadomo" będę mówił "as we all punk..."

..., dokonały przykład estetyki, która każe popkulturowe pomysły, współczesne idee czy technologiczne rozwiązania lokować w XIX wieku, co pozwala przydać nowoczesnym w gruncie rzeczy wizjom romantycznego, wiktoriańskiego sznytu. W centrum „Sherlocka Holmesa” mamy w końcu machinę, którą zdalnie uruchamia coś w stylu ówczesnego pilota, co pobudza wyobraźnię Sherlocka („Urządzenie sterowane przez fale radiowe! Watsonie, przecież to przyszłość!” – takie dowcipne kwestie kieruje się w końcu do siedzących na kinowej sali posiadaczy mp3, a nie fanów faceta w kraciastym płaszczu). Machina owa ma służyć lordowi Blackwoodowi do masowej zbrodni i staje się przedmiotem pożądania profesora Moriarty’ego, przyczyniając się do licznych zabójstw.

Gdzie tu steampunk? Przecież radio, fale radiowe - tak bowiem nazywa się ten tajemniczy, skomplikowany wynalazek określony przez recenzentkę "zdalnie uruchamiającym ówczesnym pilotem" - wynaleziono właśnie w czasach Holmesa! Kobieto dokształć się trochę! Steampunk polega na umieszczaniu w epoce parowej wynalazków mniej więcej współczesnych, których w rzeczywistości nigdy wtedy nie było - i to wynalazków przetworzonych do ówczesnych realiów technologicznych, np: maszyny liczące na parę. A w ogóle to dzięki za spoiler...

środa, 17 lutego 2010
Groźne, ale w gruncie rzeczy sympatyczne mordobicie fantasy

O "Sherlocku Holmesie" Rzepa w - jak zwykle - dwóch praktycznie takich samych tekstach (płacą im za to też podwójnie?) TU i TUTAJ:

Twórcy najnowszej wersji przygód sławnego detektywa nie musieli się więc w niczym ograniczać. Zrealizowali pastisz, w którym bez ceremonii zmieszali takie gatunki jak thriller, fantasy, kino przygodowe, kryminalne i komedię.

Miks filmu fantasy, komedii, czarnego kryminału, przygody i mordobicia przypomina wstrząśnięty bondowski koktajl, tyle że niezbyt dobrze zmieszany.

Fantasy? Czarny kryminał? Mordobicie? Chyba inne filmy oglądaliśmy.

Choć akcja rozgrywa się w czasach rygorystycznej moralności, Guy Ritchie, słynący z gangsterskich komedii (m.in. "Porachunki" i "Przekręt"), pokazuje stolicę Anglii jako siedlisko groźnych, ale w gruncie rzeczy sympatycznych rzezimieszków.

Choć nie rozumiem tego zdania to mam dziwne podejrzenie, że stara się przekazać jakąś
debilną treść...

Tymczasem demoniczny lord Blackwood (Strong) szykuje się do przejęcia władzy nad wiktoriańską Anglią, wykorzystując w tym celu zarówno magię, jak i osiągnięcia nauki.

O tej magii i nauce już pisałem.

Zakompleksione androidy satyryzują mentalność nakarmionego społeczeństwa

O "Planecie 51" tym razem zbiorczo - Dziennik i Rzepa:

Tylko pewien zakompleksiony licealista, o znajomo brzmiącym imieniu Lem (to niestety nie hołd na cześć Stanisława, ale nawiązanie do nazwy lądownika rakiet Apollo)

Oczywiście "niestety", bo przecież wtedy film w jakiś sposób stałby się lepszy... A Apollo to nie rakiety tylko pojazdy kosmiczne wynoszone przez rakiety Saturn V (zaś LEM to - zgodnie z nazwą, tak oryginalną Lunar Excursion Module, jak i polską Moduł Księżycowy - po prostu cały moduł, służący i do lądowania i do startowania i do mieszkania na Księżycu i sam dla siebie jako platforma startowa...). A bohater nie wyglądał na zakompleksionego, a jedynie na nieśmiałego marzyciela, no ale zapewne zawodowy krytyk filmowy potrafi w jakiś cudowny sposób wejść głębiej w duszę postaci...

W tej hiszpańsko-brytyjsko-amerykańskiej produkcji najlepiej wypada satyra na mentalność społeczeństwa karmionego strachem przed innymi. Świetne są zwłaszcza sceny, w których mieszkańcy planety podejrzewają się wzajemnie o służenie wrogowi lub oglądają programy poświęcone rzekomej inwazji. W tym świecie oskarżenie, że ktoś jest androidem, to najgorsza z możliwych obelg. Sugeruje bowiem bycie pod wpływem ludzi.

Zwariował. To nie satyra na zastraszone strachem społeczeństwo tylko parodia kina lat 50-tych. A że to kino wygrywało w jakiś tam widoczny sposób ówczesne lęki to prawda, ale w "Planecie 51" jest to już tak przemielone, że naprawdę chodzi o zabawę z historią kina a nie z historią ludzkości. I nie przypominam sobie, żeby obzywali się tam androidami, ale ogólnie słabo pamiętam ten kiepski film.

Patriarchalno-mizoginistyczny Batman

Dziennik o "Absolwentce":

Zamiast redaktorką w prestiżowym wydawnictwie, zostaje pomocą w sklepie z walizkami prowadzonym przez jej ojca (Michael Keaton).

Nie zostaje tylko próbuje w akcie rozpaczy i to dosłownie przez chwilkę.

Skrajnie patriarchalno-mizoginistyczna atmosfera filmu, w którym mężczyźni mogą być freakami, artystami i wiecznymi dziećmi, a kobietom należy się tylko służalcze miejsce u ich boku, zaskakuje tym bardziej, że film reżyserowała kobieta.

MWAHAHAHAHA

Film Jenson ma dwie zalety: dzięki niemu odpowiedziałam sobie na nurtujące mnie od jakiegoś czasu pytanie się: co się dzieje z Michaelem Keatonem – otóż eks-Batman grywa obecnie w szmirach i ma się dobrze.

Grywa w szmirach od dłuższego czasu, a Batman wcale nie jest ani sztandarowym przykładem emploi aktora ani jego szczytowym osiągnieciem.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10