Piętnujmy idiotyzmy w pisaniu o kulturze popularnej.
Kategorie: Wszystkie | FILM | KOMIKS | KSIĄŻKA
RSS
sobota, 14 listopada 2009
Apokalipsa według Mossakowskiego

"Co jest grane", dodatek do "Gazety Wyborczej" będzi się tu pojawiał często, oj często. Panowie Pawłowie, recenzenci filmowi tegoż magazynu to bowiem znani ignoranci w kwestii kina popularnego (co jest zresztą powszechnie wiadome i całkowitą zagadką pozostaje dla mnie dlaczego jeszcze ich nie wywalili z roboty).

Ale mimo tego, że wiem, że moge spodziewać się absolutnej ignorancji i podchodzenia do Iron Mana z takimi samymi oczekiwaniami jak do Kieślowskiego, to panowie wciąż potrafią mnie zaskoczyć w kwestii baboli faktograficznych.

Oto jeden z recenzentów zabrał się za pisanie o "2012" mimo, że wyszedł w połowie seansu (albo wziął od Harrelsona nafaszerowanego czymś ogórka i odleciał...):

Jedynym, co można w tej sytuacji zrobić, to zwiewać. A dokładniej: znaleźć się w grupie szczęśliwców, która na pokładzie współczesnej Arki Noego będzie mogła opuścić miotaną kataklizmami Ziemię i gdzieś bezpiecznie atak matki natury przeczekać.

(...)

Będą także bogacze, których stać na kosztujący miliard euro bilet w kosmiczną podróż.

(...)

Przyznam, że przy takiej zasadzie selekcji dość trudno było mi np. emocjonować się kulminacyjną sceną filmu, w której rozstrzygało się "odlecą czy nie odlecą?".

(...)

Razem, samochodami oraz samolotami różnych rozmiarów, zacieśniając pod drodze tradycyjną przyjaźń rosyjsko-amerykańską, usiłują się dostać do miejsca, skąd startują kosmiczne statki

Kosmiczne statki??? W finale rozstrzygało się "odlecą czy nie odlecą"??? Ludzie! Panie! Ludzie! Temu człowiekowi za to płacą? Czy nikogo poza nim nie ma w redakcji kto mógłby chociaż online poprawić te żenujące babole?

Dla tych co filmu nie oglądali SPOILER, choć niespecjalnie trudny do przewidzenia choćby po zwiastunach - arki są mega-statkami nawodno-podwodnymi (co jest swoją drogą głupie), a o statkach kosmicznych mówi w 1/3 filmu szaleniec, od którego bohater dowiaduje się o rządowym planie. Oczywiście ten szaleniec, jak każdy miłośnik teorii spiskowych, zna fakty tylko ogólnikowo, a resztę sobie dopowiada - stąd te statki kosmiczne.

12:32, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 listopada 2009
Skończył się świat, a on uciekł...

...czyli "zabili go i uciekł" w wersji apokaliptycznej.

Jeez, jak ja nie znoszę debilnego gwałcenia logiki i języka. No bo powiedzcie, jak "grupa ludzi" może "przetrwać koniec świata"?

A według newsmenów Stopklatki można koniec świata przetrwać.

No bomba. Pewnie "Pojutrze" i "Dzień zagłady" też się kończyły dla nich końcem świata, nawet jeśli na koniec prezydent USA stał pod powiewającym gwiaździstym sztandarem...

Tak oto kończy się świaaaat...

Tagi: stopklatka
10:38, popkuriozysta , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 listopada 2009
Tajemniczy bohater tajemniczo zatytułowanej książki - zagadka kryminalna

Stopklatka wciąż nie dba o jakość swoich newsów i zapewne często będzie się pojawiać na łamach tego bloga.
Tym razem chodzi o doniesienie o planach Fiodora Bondarczuka, który nakręcić ma ponoć po angielsku film na podstawie bestsellerowej serii Borisa Akunina.

Czytamy tam:

"Winter Queen" jest pierwszą częścią przebojowego w Rosji cyklu Akunina o perypetiach detektywa Erasta Fandorinasa, w skład której wchodzi także "Turecki gambit".

eee... no i co? koniec cyklu? też mi wielki cykl... Jakby ktoś nie wiedział to ukazało się 12 części (nie licząc serii odpryskowych), wszystkie ukazały się w Polsce. Nietrudno to sprawdzić, choćby w wiki.
Może i film będzie nazywał się "Winter Queen" (tak jak, nie wiedzieć czemu, amerykańskie wydanie powieści), ale pierwsza część cyklu nazywa się "Azazel" - tak we wszystkich polskich wydaniach jak i w oryginale, więc tego nazewnictwa wypadałoby się chyba trzymać pisząc o książce.

Milla Jovovich, która wybrana została na odtwórczynię głównej roli jeszcze za jego kadencji, wciąż pozostaje związana z tym projektem.

Znaczy jakiej głównej roli? Przecież nawet w newsie stoi jak byk, że "przygody Fandorina" - a o ile pamiętam książkę, to kobiece rólki były zdecydowanie drugoplanowe, nawet jeśli chodzi o stosunkowo najbardziej wyeksponowaną Bieżecką (ale z drugiej strony ważniejszą fabularnie postacią jest lady Astair, więc to może ona jest bohaterką?).

Bagienna pisownia

Na szybko - niby drobnostka, ale jednak irytująca.

Nie wiem jakie w Czytelni Onetu, panują zasady, ale ten tekst jest w dziale "recenzje", a nie przeznaczonym dla czytelników "e-recenzje" - zakładam więc, że pani recenzentka działa z błogosławieństwa portalu, może ma nawet frukty z tego, że przeczytała ten islandzki kryminalik (kiepski swoją drogą).

Tym bardziej żenujący jest błąd (bo ciągle powtarzanego literówką nazwać ciężko) w nazwisku pisarza. Pani Marto - islandzka język trudna język, ale jeśli ma Pani wątpliwości to przecież zawsze można zerknąć na okładkę. Ten pisarz zwie się InDridason, a nie InGridason.

niedziela, 08 listopada 2009
Bójcie się Hiszpanów

...nawet gdy przynoszą dary... znaczy te, no, horrory. Bo teraz są modne horrory made in Spain, jak twierdzi redaktor z "Logo" na gościnnych występach w "Metrze". Tekst to krótkie streszczenie fabuły "[REC] 2", ale najciekawsza jest tabelka z miniaturowym, superbłyskawicznym przeglądem "hiszpańskiego horroru". Zakładam, że ten właśnie redaktor jest autorem tabelki załączonej do nieniejszego tekstu, ale jeśli nie to nic nie szkodzi - i tak dostanie się właśnie jemu.

No to jedziemy:

Po fali fascynacji horrorami z Japonii nastał czas mroku ze słonecznej Hiszpanii. Do renesansu gatunku w tym kraju przyczyniły się:

...i tutaj autor wymienia 4 filmy, w tym dwa będące koprodukcjami hiszpańsko-meksykańskimi. No ale dobra, podobna szerokośc geograficzna.

"Labirynt fauna", reż. Guillermo del Toro, 2006

Prekursor nurtu, przepiękna wizualnie baśń (...)

Prekursor bo? Bo pierwszy w historii hiszpański horror? Nawet nie chce mi się sprawdzać... Bo pierwszy horror del Toro? No nie, raczej nie, "Blade'a II" chyba każdy kojarzy przynajmniej. Bo pierwszy hiszpański horror del Toro? Hmmm... pomyślmy, skoro "Labirynt fauna" jest koprodukcją hiszpańsko-meksykańską i wcześniejszy o pięć lat "Kręgosłup diabła" powstał w tych samych krajach, to czym się właściwie różnią? Nakręconego dekadę przed "Labiryntem..." "Cronosa" litościwie przemilczę, bo to ponoć film czysto meksykański...

"Sierociniec", reż. Juan Antonio Bayona, 2007

Czy dzieci mogą straszyć bardziej niż w "Innych"? Czy zmarli mogą istnieć "mocniej" niż w "Szóstym zmyśle"? Czy dom może być "solidniej" nawiedzony niż w "Horrorze Amityville"? Owszem!

Alleluja! Wszystko to prawda, tylko co ma do tego "Sierociniec"? Bo nie wierzę, że ten właśnie film ma być odpowiedzią na powyższe dywagacje. Nie żebym miał coś do (znów) hiszpańsko-meksykańskiego dziełka, ale polecam autorowi dokształcenie się z historii gatunku. Ot, na szybko z głowy wyliczając, doradzam obejrzenie "Lśnienia" (i sceny z bliźniaczkami), "Ducha" (jako przykład nawiedzonego domu, żeby już nie powtarzać "Lśnienia" i nie szukać czegoś w dawniejszej historii). Może to uświadomi autorowi, że nie musiał czekać na "Sierociniec" by doświadczyć strasznych dzieci i "solidnie" (cokolwiek to znaczy) nawiedzonych domów. Zmarłych istniejących "mocno" nie podejmuję się komentować bo za Chiny nie domyślam się co ten przymiotnik mógłby w tym kontekście znaczyć...


"[Rec]", reż. Jaume Balagueró, Paco Plaza, 2007

Tym razem centrum miasta. Film z wtórnym scenariuszem, lecz nowatorską formą.

Nowatorska forma? "Blair Witch Project" (czyli mockumentary) + "Doom" (czyli sceny rodem z FPP)

Mierda

22:55, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (2) »
środa, 04 listopada 2009
Metrokulturalni kosmici

"Metro" nie cieszy się zbyt wielkim poważaniem - w końcu to gazetka darmowa, choć będąca odpryskiem dużo większego i poważniejszego dziennika. Błedy w nim nie są więc czymś wielce szokującym... co nie znaczy, że nie można się pośmiać.

Recenzentka "Dystryktu 9" starała się odczytać film w szerszym kontekście, oto co z tego wyszło:

Naill Blomkamp porwał się na eksperyment. Zrobił film science fiction bez natłoku efektów specjalnych, (...) "Dystrykt 9" nie jest filmem oszałamiających natłokiem efektów specjalnych.

BEZ EFEKTÓW? Pani recenzent myśli, że co - prawdziwych kosmitów tam zatrudnili?? A może nie zauważyła biegających non stop w kadrze "krewetek"? Jeez...

(Nailla wspaniałomyślnie pomijam zakładając, że to literówka - w dalszej cześci artykułu jest już poprawnie)

 

i dalej:

Zrobił film science fiction (...), w którym kosmici zamiast atakować poddają się ludziom i pogrążają w apatii.

No tak, bo przecież, jak powszechnie wiadomo, kosmici to zuuooooo! Chociaż chyba nie do końca, w następnym zdaniu recenzentka pokazuje, że jednak zdaje sobi sprawę z istnienia też innych wizerunków (lead miał być chwytliwy czy co?):

Przyzwyczailiśmy się do tego, że kosmici w filmach chcą nas albo podbić ("Wojna światów", "Dzień Niepodległości"), albo podszyć się pod nas ("Inwazja porywaczy ciał", "Oni") albo zrobić nam krzywdę ("Alien", "Rzecz"). Ewentualnie mogą być zabawni jak ci w parodii "Marsjanie atakują!", słodcy jak E.T. czy Kevin Spacey w "K-Pax" albo dzielni jak Superman. Ale żeby byli apatyczni, nieporadni, dawali się oszukiwać bandytom i zrobili wszystko za puszkę kociej karmy?

Oczywiście starając się trzymać jednej, założonej tezy, znów koleżanka pomija tych "zwykłych" kosmitów, którzy są po prostu odbiciem ludzi tyle, że ze zdeformowaną facjatą ("Alien Nation", "Star Trek" i setki innych), kosmitów absolutnie obcych i niezrozumiałych ("Bliskie spotkania trzeciego stopnia", "Solaris"). A i nieporadni byli bardzo często, choć to zwykle szło w parze ze "słodkością".

Dalszą częśc recenzji, pełną retorycznych pytań i banalnych wniosków, pozwolę sobie pominąć...

09:05, popkuriozysta , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009
Księżyc z ziemską grawitacją, metaliczny głos robota i nieznana twarz aktora charakterystycznego

Na dzień dobry Stopklatka - serwis swoją drogą fajny (odpowiada mi bardziej niż Filmweb, choć to ten ostatni ma większą bazę danych), ale bardzo mocno borykający się z brakiem (nieudolnością?) korekty i na tym polu będący chyba poniżej internetowej średniej (wśród profesjonalnych serwisów oczywiście).

Zacznijmy od opinii na temat ostatniego niezależnego odkrycia, debiutu Duncana Jonesa. Ze zdaniem zawartym w recenzji "Moon" można się zgadzać lub nie, ale w peanach na cześć realizmu recenzent trochę przesadził:

Tym, co w "Moon" również pobudza intelekt, jest drobiazgowe podejście do szczegółów, czyli coś, na czym wielu współczesnych twórców poległo. U Jonesa czuć brak ziemskiej grawitacji; sztuczna inteligencja nie wymądrza się, operując cały czas tym samym opanowanym ludzkim głosem z mechanicznymi naleciałościami; nie ma rozmów na żywo, kontakt z ojczystą planetą odbywa się za pomocą wysyłania nagranych wcześniej wiadomości.

No więc po kolei:

- scenografia księżycowa jest w filmie bardzo ładna, ale akurat efekty obniżonej grawitacji są baaardzo mizerne: raz tylko bohater podskakuje "po księżycowemu", a w innych wypadkach zwyczajnie chodzi, pada, mozoli się z wejściem po drabinie w skafandrze, z przeniesieniem ciała drugiej osoby - fizyka wykonywania wszystkich tych czynności na pewno nie jest księżycowa

- czy recenzent widział jakikolwiek film, w którym komputer mówiłby mechanicznym głosem z jakąkolwiek intonacją? przecież zawsze, nawet gdy jest to głos nieprzetworzony komputerowo tylko np: kobiecy, to zawsze jest opanowany, nijaki - bo wydawany przez komputer (co chcą twórcy filmów podkreślić), więc nie jest to jakieś odkrycie Ameryki przez Jonesa (a z innej beczki: co prawda SI się nie wymądrza werbalnie ale postępuje nie do końca logicznie, wydaje się wręcz, że nieco zbyt po ludzku...)

- kolega recenzent chyba przysypiał na filmie, bo rozmowy na żywo z Ziemią są istotnym wątkiem fabularnym i oczywiście były obecne w filmie, a ich brak był spowodowany zakłóceniami, więc ten argument o drobiazgowości można do kosza wyrzucić.

 

Innym tekstem, który mnie rozbawił był news o "Lobo":

Zgodnie z pojawiającymi się doniesieniami jest nim Clancy Brown, aktor spoza listy z topowymi gwiazdami Hollywood, znany między innymi z ról w "Nieśmiertelnym" (...) Amerykańskie media spekulują, że producenci "Lobo" zdecydowali się na zatrudnienie niezbyt rozpoznawalnego aktora do roli tytułowego bohatera, ponieważ, ze względu na ilość efektów, które niezbędne będą to wykreowania tej postaci, znana twarz nie jest w ogóle potrzebna.

Kurgan z "Nieśmiertelnego" niezbyt znaną twarzą?! Takie stwierdzenie wobec aktora bądź co bądź charakterystycznego to jednak kuriozum. Twarz Browna to akurat jedyne co się liczy w przypadku jego kariery aktorskiej i jego najmocniejszy i najbardziej znany atut.

 

Gratis trzy inne, nieco drobniejsze wpadki z tego serwisu:

1) w recenzji wydania Blu-Ray "Aniołów i demonów" czytamy coś takiego:

Szkoda, bo całkiem niezły początek sugeruje emocjonujące widowisko jakiego nie był w stanie zagwarantować realizatorsko nieprzemyślany "Kod da Vinci". W prequelu czuć zwiększoną świadomość Howarda

Szkoda, że recenzent nie sprawdził (ba, w kilku miejscach można się tego domyślić z fabuły), że film - w odróżnieniu od książki - dzieje się nie przed, a po "Kodzie da Vinci".

2) w newsie o kręceniu thrillera "Faster":

W filmie, którego scenariusz napisali razem Joe i Tony Gaytonowie, 'The Rock' wcieli się w rolę Drivera, byłego więźnia, który chce pomścić śmierć swojego brata. Thornton zagra Copa, doświadczonego policjanta, który tropi Drivera próbującego odszukać zabójców brata.

Z poczatku można pomyśleć, że newsman jest idiotą albo nie zna angielskiego, ale w następnym zdaniu jakimś cudem odkrywa, że fabuła (przynajmniej jak na razie) posługuje się pseudonimami, a nie nazwiskami:

Scenariusz przewiduje także pojawienie się bohatera o pseudonimie Killer, egocentrycznego zabójcy, który także tropi Drivera.

Rozpoznał, że "Killer" to przydomek / określenie postaci, ale już "Drivera" i "Copa" nie zajarzył?

3) news o wypowiedzi Martina Campbella na temat efektów specjalnych w "Green Lantern":

Campbell wyjaśnił tez zasady działania pierścienia, który nosi w "Zielonej Latarni" Ryan Reynolds

No to chyba wiadomo od kilkudziesięciu lat, gdy po raz pierwszy pojawiła się ta postać w komiksach?

Wskazując na trudność oddania tego w filmie, Campbell pobudził trochę ciekawość fanów. Chodzi o słowa dotyczące możliwego przemieszczania się Zielonej Latarni między planetami. - "On jest jedynym znanym mi superbohaterem, który regularnie podróżuje na inne planety. Superman i Batman są związani z Ziemią."

Superman nie podróżował w kosmosie? No pliz... Zresztą Zielona Latarnia z tego co wiem też nie bywał w kosmosie jakoś non stop, bo - niespodzianka! - był związany z Ziemią! W ten sposób podchodząc do sprawy to można powiedzieć, że i film o X-Menach jest wyzwaniem, bo oni też bywali gdzieś-kiedyś w kosmosie...

...powiedział Campbell, ewidentnie rozbudzając nadzieje na wizyjne efekty w filmie.

"efekty wizyjne" - i w tym momencie umarłem...

 

niedziela, 01 listopada 2009
Witajcie w naszej bajce...

...a raczej koszmarze, bo na tym blogu znajdować się będą rzeczy naprawdę koszmarne. Przedstawiał będę idiotyczne, bezsensowne, bezmyślne, debilne i najzwyczajniej w świecie podające nieprawdziwe informacje recenzje, opinie, opisy, reklamowe zajawki, a przed wszystkim napuszone, pretendujące do jakiejś poważniejszej analizy artykuły.

Złota Malina - nagroda pokrewna tematycznie...

W polskim dziennikarstwie nie wykształciła się jeszcze umiejętność pisania o kulturze popularnej, a za pisanie o rozrywkach skierowanych do popkornożerców biorą się przeintelektualizowani miłośnicy egzystencjonalnych opowieści o odkrywaniu własnego ja poprzez moralny samogwałt czy inne takie... Oczywiście w dużej mierze to efekt tego, że w naszym zacofanym rozrywkowo kraiku kultura popularna przez dziesiątki lat stała na bardzo niskim poziomie, często będąc nośnikiem propagandowych treści. W przeciwieństwie oczywiście do dzieł kultury wysokiej, na której wychowywali się wszelkiej maści krytycy, którzy może i potrafią wykazać wyższość Kieślowskiego nad Wajdą, ale już odróżnić cyborga od androida, albo Hana Solo od Luke'a Skywalkera już niekoniecznie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie trzy rzeczy:

1) bzdury piszą nie tylko zramoleli tetrycy onanizujący się jeszcze do niewyraźnych zdjęć Poli Negri, ale też młodzi autorzy, którzy ledwo co z pryszczy wyrośli (a przecież już doświadczeni i zdolni, nagradzani w różnego rodzaju konkursach) a tym samym, zdawałoby się, ekspansja amerykańskiej kultury rozrywkowej była nieuniknionym elementem ich dojrzewania

2) niektóre dziedziny, gatunki i aspekty kultury programowo są traktowane przez pseudo-krytyków opisanych w punkcie powyższym jako gorsze, puste, niegodne zaprzątania nimi horyzontów myślowych JKM Krytyka (na przykład komiks - "rozrywka dla dzieci", Bollywood - "infantylna feria kolorów, bez żadnej głębi" itp. itd.)

3) lekceważnie, nierozumienie i nieznajomość trendów i gatunków skutkuje nie tylko niezasłużenie negatywnymi recenzjami, nieznajomością kontekstu, nieumiejętność odkrycia nawiązań, ale wręcz błędami faktograficznymi wskazującymi, że recenzent w ogóle nie zapoznał się z przedmiotem recenzji, a jeśli już to robił to jednym okiem (i tym właśnie, przede wszystkim, będę się zajmował, bo przecież de gustibus... et cetera, czyli każdy ma prawo do swojej opinii, choćby nie wiem jak debilna była)

Pomysł na piętnowanie takich idiotyzmów nie jest mój. Podkradłem go jednemu z najciekawszych polskich serwisów o kulturze - kinie, literaturze, komiksie, muzyce, grach, a nawet sztuce. Co prawda te trzy ostatnie są traktowane tam po macoszemu (w końcu to serwis niekomercyjny i hobbystyczny), ale film i książka są opracowane świetnie. Nie bez przyczyny redaktor naczelny tegoż portalu przyznaje się do inspiracji jednym z najlepszych serwisów/czasopism o filmie na świecie - piszącym lekko, zabawnie, bez zadufania, a jednocześnie ze znawstwem. Esensji też się tak udaje - jako jeden z niewielu serwisów o kinie i bodaj jedyny o książce, podpowiada jak oddzielać ziarno od plew zarówno w gatunkach popularnych jak i tworach bardziej ambitnych.

No ale dość już reklamy. Jak chcecie poczytać sobie o Esensyjnym popkuriozum, to możecie zajrzeć TUTAJ i TUTAJ. Tymczasem zapraszam do czytania niniejszego bloga - gwarantuję sporo śmiechu, ale też okazji do bardzo smutnych konstatacji o stanie polskiej krytyki kulturalnej.

Wszelkie uwagi, tudzież propozycje popkulturalnych kuriozów (o co gorąco proszę!) słać można na popkuriozum na gmailu.

21:58, popkuriozysta
Link Dodaj komentarz »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10