Piętnujmy idiotyzmy w pisaniu o kulturze popularnej.
Kategorie: Wszystkie | FILM | KOMIKS | KSIĄŻKA
RSS
poniedziałek, 24 maja 2010
Robin Gud, nie strielaj!

"Przekrój" pastwi się nad "Robin Hoodem":

Na warszawskim pokazie prasowym „Robin Hooda” Ridleya Scotta widownia często wybuchała śmiechem. Nie tylko wtedy, gdy z ekranu padały lepsze czy gorsze dowcipy (których w filmie nie brak), lecz także w momentach ewidentnie zaprojektowanych jako wzniosłe i wzruszeniu oraz dumie z męstwa bohatera służyć mające.

To kto był na tym pokazie? Bo w każdym znaczącym tytule prasowym film oceniono jako przynajmniej niezły. Widocznie recenzent Przekroju był na innym pokazie niż cała reszta - może jakąś inną wersję filmu puszczali?

 

Król (ukazany jako cyniczny żołdak, ale to nic nowego, vide „Powrót Robin Hooda” z Seanem Connerym)

Tak, jeden film wcześniej zrobili, 30 lat temu prawie, to ten pomysł już nic nie znaczy, to nic, że dobry Ryszard vs. zły Ryszard występuje w kinematografii w stosunku 100:1 - to przecież nic nowego.

A jak to zrobił Scott? Otóż skończył film w punkcie, gdy Robin jako banita trafia do Sherwood, czyli tam, gdzie inni reżyserzy zwykle zaczynali. Poznajemy zatem Robina w roku 1199 jako prostego łucznika w armii Ryszarda Lwie Serce wojującego we Francji (nie widzę przeszkód, by tę historię trochę opowiedzieć, bo suspensu w filmie ani za grosz). [i tu następuje dokładne streszczenie fabuły - przyp. pop]

Jasne kurwa, w pomyśle, że Robin nie jest Locksleyem, Ryszard ginie, a cała historia rozgrywa się przed ucieczką w ostępy Sherwood naprawdę nie ma za grosz zaskoczenia i trzeba czytelnikowi zaispolerować. Nienawidzę takich skurczysynów: nie podobał mu się film, ma poczucie straconego czasu i myśli sobie - jak ja się źle bawiłem to i innym spierdolę seans opowiadając cały film, a co, mają mieć lepiej ode mnie?

Dla porządku dodajmy tylko, że Wielką Kartę baronowie wymusili na Janie w roku 1215, a kiedy ten ani myślał ją wypełniać,

Ojej, to straszne, rozrywkowy film hollywoodzki przesunął datę o 16 lat i pan recenzent nie mógł się nauczyć z niego historii. Do szkoły  trzeba było chodzić.

 

Na koniec zaś wyznać muszę, że moja wściekłość na dżentelmenów, którzy tak koncertowo spartaczyli nową opowieść o Robinie, choć mogli ją na kilka różnych sposobów odegrać śpiewająco, bierze się także z powodów sentymentalnych. Wczesnochłopięca lektura „Wesołych przygód...” Pyle’a na długo zapadła mi w pamięć – dopiero znacznie później zrozumiałem dlaczego: chodziło najpewniej o sugestywny przekład Jerzego Krzysztonia, który zrobił z tej książki prawdziwe językowe widowisko – i pobrzmiewa mi w uszach do dziś.
I pamiętam też, jak wybrałem się, bodaj w 1978 roku, na radzieckie „Strzały Robin Hooda” (a tak! była i taka ekranizacja przygód Robina), także z powodu Włodzimierza Wysockiego, który śpiewał tam piosenki i chyba nawet grał poboczną rolę, i okazało się, że jestem jedynym spragnionym obejrzenia tego filmu. Wydałem więc całe kieszonkowe na zakup pięciu biletów – tylu było trzeba widzów, by seans się odbył, i ku widocznemu niezadowoleniu obsługi mojego prowincjonalnego kinoteatru obejrzałem to rozczulająco antyfeudalne, a jednak jakoś szlachetne dziełko w samotności. Zapamiętałem je zacznie lepiej niż napompowany pieniędzmi i gwiazdami gniot Ridleya Scotta.

No i wszystko jasne - film mu się nie podobał, bo nie był taki jak w dziecieństwie. Tak, przecież lubimy to co już znamy, a co inne to złe. Ja wiem, że każdy recenzent też człowiek, każda opinia jest subiektywna, naznaczona osobistymi doświadczeniami, wrażliwością etc. ale niektórzy powinni - ze względu na to, że mają zwykle odpowiednie wykształcenie, doświadczenie, a przede wszystkim biorą za to kasę - przynajmniej silić się na obiektywizm, a już na pewno przemilczać te bardziej osobiste czynniki wpływające na ocenę i tę ostatnią argumentować bardziej "obiektywnymi" przesłankami w rodzaju "amatorskie aktorstwo, chałupnicze efekty specjalne, dziurawy scenariusz" etc. Ale pan recenzent, a właściwie "czołowy poeta swojego pokolenia" [za wiki] bawiący się w recenzowanie filmów, uznał, że jest ponad to i walnął prosto z mostu - "nie podobało mi się bo nie było takie jak radziecki film, który oglądałem w dzieciństwie (a przy okazji poczytajcie jaki jestem zajebisty co udowodni załączona historyjka z czasów młodości)". No kurwa, żenada po prostu. A "Przekrój" się kompromituje publikując taką pseudo-recenzję z kompletnie nieuzasadnioną krytyką, podczas gdy wszyscy inni jak jeden mąż chwalą (umiarkowanie lub entuzjastycznie) film Scotta.

08:30, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (3) »
niedziela, 23 maja 2010
Gwiazdor i zdemoralizowane pijaki

Dwa niewielkie, ale kolorowe kwiatuszki z "Robin Hooda":

1) Rzepa:

Zupełnie inny nastrój [niż w "Powrocie Robin Hooda" z Connerym - przyp. pop] nastrój towarzyszył „Robin Hoodowi – księciu złodziei”, który miał premierę 1991 roku. Tym razem liczyła się romantyczna otoczka i oszałamiająca przygoda. W Robina wcielił się Kevin Costner. Gwiazdor, będący wtedy u szczytu kariery, dokazywał w filmowym Sherwood niczym Douglas Fairbanks i Erroll Flynn razem wzięci.

Jasne. I jeszcze nosił kapelusz z piórkiem.

2) Newsweek:

Pobudki działań Robin Hooda mają więc raczej zabarwienie egoistyczne. (...) Podobnie rzecz ma się też z bandą jego towarzyszy, zapijaczonymi i zdemoralizowanymi weteranami niekończących się średniowiecznych wojen. To bynajmniej nie jest „wesoła gromadka”.

Nie? A ja miałem wrażenie, że dobrze się bawili, żartowali i nikogo przy tym specjalnie nie krzywdzili.

sobota, 15 maja 2010
Pararecenzje

Trzy popierdułki (no niestety, takie też trzeba tępić) z Rzepy:

1) Człowiek, który gapił się na kozy

Uczono przechodzenia przez ściany, czytania w myślach, zabijania wzrokiem i innych paranaturalnych umiejętności.
No rzeczywiście są to umiejętności PARAnaturalne, ale podejrzewam, że chodziło jednak o paranormalne...
Narratorem jest zdradzany przez żonę dziennikarz prowincjonalnej gazety Bob Winton (McGregor),
Nie zdradzany tylko opuszczony przez żonę.

2) Autostopem przez galaktykę

Jego „Autostopem przez galaktykę” było najpierw (1978) cyklicznym radiowym show nadawanym przez BBC. Powieść powstała rok później, a na jej sfilmowanie czekać przyszło ćwierć wieku.

O'rly? A serial BBC?

3) wynurzenia o niedoświadczonych filmowcach

Dwie części bestselleru Dana Browna „Kod da Vinci” i „Anioły i demony” adaptowała na ekran para słynnych scenarzystów Robert Langdon i Akiva Goldsman. Nad trzecią częścią „The Lost Symbol” pracuje niemal nieznany Steven Knight („Eastern Promises”). Remake „Dune” przygotowuje Chase Palmer.

Mwuahahahaha! Robert Langdon (słynnym) scenarzystą adaptacji "Kodu da Vinci". No naprawdę, to jeden z największych debilizmów jakie umieściłem na tej stronie. Skoro w przypadku tak głośnej książki Hollender nie kojarzy nazwiska bohatera (już pomijam fakt, że nie zna się na własnej działce i nie wie kto to David Koepp - zresztą w ogóle o czym ja mówię: Robert Langdon to scenarzysta "Kodu da Vinci"! rzeczywiście, słyszy dzwon...), to skąd biedna kobiecina ma wiedzieć, że ostatnie dwie też są na naszym rynku przetłumaczone i książka Herberta od kilku dziesięcioleci jest znana u nas jako "Diuna".

Cały wydźwięk artykułu - producenci angażują do największych hitów debiutantów bo są tańsi niż Raimi czy Scott, ale ci ostatni nie będą bezrobotni bo znają się na swoim rzemiośle ( z taką umiejętnością mówienia równocześnie i "tak" i "nie" powinna kobieta zostać politykiem a nie bawić się w publicystykę filmową) - też zresztą dość kuriozalny.

08:29, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 maja 2010
Iron Man 3 (razy)

Na przystawkę Przekrój:

Tony Stark to miliarder, playboy i wynalazca. Jego ostatni projekt – pancerz bojowy – zamienia go w Iron Mana
To nie projekt wynalazcy, tylko potrzeba chwili, później przekształcona w projekt.
Urodzaj odbija się na kondycji Iron Mana (który ma też poważne kłopoty zdrowotne i egzystencjalne)
Tak, na pewno przeżycia osoby dowiadującej się, że jest śmiertelnie chora można skwitować stwierdzeniem "problemy egzystencjalne").

Na główne danie Wybiórcza:
A tymczasem w dalekiej Rosji pewien zdolny (po tatusiu), choć nieco zapijaczony fizyk Iwan Janko (Rourke) na własną rękę sporządza równie groźną broń...

Janko? No tak, przecież to Mossakowski - on nie ogląda filmów, które recenzuje, więc skąd niby ma znać nazwisko bohatera. I nie na własną rękę i dzięki własnym zdolnościom tylko przede wszystkim za pomocą planów stworzonych przez ojca i zwłaszcza przez Howarda Starka.

Stawka w tej grze (czy Hammer zaszpanuje na Expo militarnym wynalazkiem, czy nie) nie jest więc wysoka i może dlatego jakoś trudno było mi się w ten konflikt emocjonalnie zaangażować.

Stawką w grze było wyposażenie niespecjalnie inteligentnych, rozsądnych i pokojowo nastawionych decydentów w śmiercionośną broń. Ale skąd Mossakowski może to wiedzieć, skoro [patrzy wyżej].

nawet przy dużym wysiłku trudno w ich przekomarzankach wyłowić choć jedną zabawną kwestię (tyle że szybko mówią, co twórcy filmu mylą z błyskotliwością

Bo trzeba szybko czytać a jeszcze lepiej znać angielski - "She did a spread on Tony last year / Wrote an article too" było zajebiste :)

A na deser Rzepa:

„Iron Man” zmienił wizerunek superbohaterów. Przeciwników rozbraja przede wszystkim żartem, zawsze skrywając w zanadrzu jakąś dowcipną odzywkę. Dlatego Starka gra Robert Downey Jr. – mistrz autoironii i ciętych ripost – a nie żaden z umięśnionych przystojniaków w typie Christiana Bale’a („Batman” i „Terminator”) lub Sama Worthingtona („Avatar” i „Starcie tytanów”).

A może dlatego, że to bohater korzystający z technologicznych udogodnień a nie ze sprawności własnego ciała i siły wielkich mięśni (które jakkolwiek posiada)?

czwartek, 13 maja 2010
Walka z tytanami

Pawła T. Felisa oczywiście:

Remake obrazu Raya Harryhausena z 1981 roku - opowieść o "ludzkim bogu" Perseuszu (Worthington), który musi stoczyć walkę z władcą podziemnego świata zmarłych Hadesem (Fiennes).

1) Harryhausen był tylko producentem i facetem od efektów, zwykle jednak jeśli mówi się "czyjś" film ma się na myśli reżysera
2) ludzki bóg??? zapewne takiego usankcjonowanego mitologicznie słowa jak "półbóg" recenzent nie zna?
3) oczywiście ten myślnik/pauzę można różnie rozumieć, ale wypadałoby dodać, że film z 1981 opowiadał jednak o czym innym (i ciekawi mnie skąd Felis wziął tego Hadesa skoro filmu nie oglądał - wierzy dystrubutorom czy czyta wiki)

wtorek, 13 kwietnia 2010
Swój bardziej obcy

Stare, ale wobec wznowienia na czasie: dwie recenzje "Extensy" Jacka Dukaja - jedna z serwisu Polter, druga Marka Oramusa z Nowej Fantastyki.

Niezbyt znana, za to podpisująca się cool ksywką recenzentka z Poltera tak oto bełkocze o książce:

Akcja toczy się na Ziemi, w Zielonym Kraju, i jej początek wcale nie zapowiada tragicznej sytuacji, jaką zastajemy w tym miejscu. Bezimienny narrator prowadzi pozornie szczęśliwe życie, zajmując się - wraz z rodziną - hodowlą koni. Szybko okazuje się jednak, że ta otoczka jest jedynie iluzją – Zielonym Krajem. [a wcześniej Zielony Kraj nie okazywał się Zielonym Krajem? - przyp. pop.] Tak jak całym Wszechświatem, i tutaj rządzą przedstawiciele wyższej cywilizacji wyjątkowo zaawansowanej technologicznie. Przestrzeń wykreowana przez Dukaja jest bardzo enigmatyczna. O historii Zielonego Kraju niewiele wiadomo, a czytelnik dowiaduje się jedynie, że padł on kiedyś ofiarą wyjątkowej, bliżej nieokreślonej katastrofy.

Zielony Kraj jest na krawędzi upadku – tajemniczy Obcy, prowadzący na planecie jakieś dziwne badania, powodują ciągłe zalewanie jej obszarów. Samych zaś Ziemian traktują tak, jak ludzie traktują mrówki. Wzajemny kontakt obu cywilizacji zmierza więc do tego, że ta słabsza zostaje bezwzględnie zniszczona. Nadciągającą katastrofę wyczuwa się na każdej karcie tego niezwykłego utworu.


Ja rozumiem, że Dukaj pisze trudną prozę, ale na litość - "Extensa" to niezbyt długa mikropowieść, w której wszystko jest wyłożone kawa na ławę! Nie obcy tylko postludzie, nie nieokreślona katastrofa tylko przejście przez technologiczną osobliwość i stworzenie świata zbudowanego z nanoinformatycznego pyłu, nie ciągłe zalewanie tylko jedno, nadchodzące, do którego bodaj (o ile pamiętam) zresztą nie dochodzi przed końcem narracji.

 

O ile jednak osobnika podpisującego się jako "Alchemist" możemy potraktować z przymróżeniem oka, o tyle Marek Oramus swą renomę miał. Na pewno jednak nie za takie teksty:

Gdy się „Ekstensę” zaczyna, natychmiast przychodzą na myśl „Poczwarki” Wyndhama: tak samo pogruchotany po kataklizmie świat i tak samo opowieść toczy się z punktu widzenia dziecka, które nie dziwi się niczemu. Katastrofa dotknęła ludzkość w wyniku przymusowego kontaktu z cywilizacją o tyle wyżej stojącą technicznie, że dla nas operującą cudami. Owa ekstensa to pomysł Obcych na badanie kosmosu; nikomu nie chce się tego robić, realność dla tych półbogów przestała być atrakcyjna.

I znów: nie obcy tylko postludzie, nie kataklizm tylko technologiczna osobliwość, nie przymusowy kontakt tylko łaskawe przyzwolenie przez postludzi by homo sapiens mogli sobie żyć na skrawku Ziemi "po staremu", nie pomysł obych, tylko homo sapiens przed przejściem przez technologiczną osobliwość...

Na odtrutkę od tego bełkotu polecam świetną analizę książek Dukaja.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Nieznani znani

Stopklatka o planowanej przez Ridleya Scotta ekranizacji "Wiecznej wojny":

Wśród licznych filmowych planów Ridleya Scotta znajduje się ekranizacja słynnej powieści fantastycznonaukowej Joego Heldemana zatytułowanej "The Forever War" . (...)  "The Forever War" opowiada o (...) Książka "The Forever War" znana jest w Polsce jako "Wieczna wojna".

Wow. A "Lord of the Rings" jest znany jako "Władca Pierścieni", a "Преступле́ние и наказа́ние" jako "Zbrodnia i kara". My to zawsze musimy coś kombinować i wymyślać.

niedziela, 04 kwietnia 2010
Piła to i bełkocze

Recenzent polskojęzycznej Esensji opisując kryminał Brytyjczyka osadzony w realiach Rosji, tak oto opisuje nawiązanie do amerykańskiego horroru:

Październik, rok 1936. W Moskwie dochodzi do serii tajemniczych morderstw. Ofiarami zabójcy padają kolejno: młoda dziewczyna, której ciało oprawca porzuca w cerkwi, przywódca jednej z miejscowych bandyckich szajek, a także były czekista. Elementem łączącym te trzy zbrodnie jest brutalność, z jaką ich dokonano. Ciała denatów noszą na sobie znamiona potwornych tortur, takich jak przypalanie, rażenie prądem czy wycinanie genitaliów. Metody działania bezwzględnego mordercy przywodzą na myśl okropieństwa, jakim poddawał swoje ofiary Pan Piła – bohater serii amerykańskich horrorów.

Jigsaw = Pan Piła? No w sumie się zgadza "saw", tylko nie wiedziałem, że po angielsku "pan" to jest "jig".

18:22, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 kwietnia 2010
Wpływowy autor bez debiutu

Wydawnictwo MAG tak oto opisało swojego topowego autora na okładce "Pani Dobrego Znaku" (można przeczytać choćby tutaj):

Swoją pierwszą książką pt. "Król Bezmiarów" wywarł wielki wpływ na polską twórczość i zdobył najbardziej prestiżową nagrodę polskiego fandomu fantastyki w Polsce - Nagrodę im. Janusza A. Zajdla.

Czyżby wydawnictwo życzliwie pominęło cały dorobek autora sprzed związaniem się z MAGiem? Bo przecież choć "Króla Bezmiarów" i "Północną granicę" wydały przed laty inne wydawnictwa, to zawsze MAG może powiedzieć, że jego wersja jest jedynie słuszna, bo autor na jej potrzeby dokonał jakichśtam poprawek. A czegoś takiego jak wydane w 1991 roku, a więc przed "Królem Bezmiarów", "Prawo sępów" w ogóle przecież nie było...

15:43, popkuriozysta , KSIĄŻKA
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 marca 2010
W pudełku czyhają pułapki na nieuważnych recenzentów

Tak oto Rafał Świątek zrecenzował w Życiu Warszawy "The Box":

„The Box. Pułapka” to połączenie horroru z filmem science fiction. Jest 1976 rok. Arthur (Marsden) i Norma (Diaz) Lewisowie są szczęśliwym małżeństwem. On pracuje w NASA, ona jest nauczycielką. Arthur właśnie dowiedział się, że nie dostanie w pracy spodziewanego awansu, co spowoduje, że nie będzie ich stać na posyłanie nastoletniego syna do jednej z najlepszych szkół w okolicy. Na dodatek Norma musi zrezygnować z ważnego dla niej zabiegu chirurgicznego.

Wtedy Lewisów odwiedza Arlington Steward (Langella), tajemniczy mężczyzna o oszpeconej twarzy, i proponuje im intratny ale niemoralny układ. Otrzymują od niego drewniane pudełko w kształcie sześcianu, z czerwonym przyciskiem pod szklaną kopułą. Jeśli go wcisną dostaną milion dolarów, ale w tym samym momencie gdzieś na świecie zginie nieznany Lewisom człowiek. Na podjęcie decyzji mają 24 godziny.

Arthur wyśmiewa ofertę, ale Norma decyduje się wcisnąć przycisk. Chwilę później znowu pojawia się Steward - tym razem z walizką pełną pieniędzy. Informuje małżonków, że teraz tajemnicze pudełko otrzyma inna, nieznana im rodzina...

Pomysł wyjściowy filmu został zaczerpnięty z opowiadania „Przycisk, przycisk” Richarda Mathesona i został już raz wykorzystany w jednym z odcinków cyklu „Strefa mroku” (1986).

Reżyserem i scenarzystą „The Box. Pułapki” jest Richard Kelly – specjalista od onirycznych i zagmatwanych fabuł – który od czasów debiutanckiego „Donnie Darko” z 2001 roku jest uważany za gwiazdę amerykańskiego kina niezależnego.

I to jest CAŁA recenzja, czyli piękne streszczenie i opowiadania i odcinka "Strefy mroku" natomiast nijak ma się do filmu Kelly'ego, gdzie opisana sytuacja jest jedynie punktem wyjściowym i recenzent nie raczy się zająknąć, że nie cały film opiera się na tym dylemacie moralnym. A jesli już streszczać to nie raczy wspomnieć, że z tej "nieznanej rodziny" właściwie nic nie wynika (inaczej niż w opowiadaniu i filmie telewizyjnym, gdzie była to mrożąca krew w żyłach puenta).

16:26, popkuriozysta , FILM
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10