Piętnujmy idiotyzmy w pisaniu o kulturze popularnej.
Blog > Komentarze do wpisu
Robin Gud, nie strielaj!

"Przekrój" pastwi się nad "Robin Hoodem":

Na warszawskim pokazie prasowym „Robin Hooda” Ridleya Scotta widownia często wybuchała śmiechem. Nie tylko wtedy, gdy z ekranu padały lepsze czy gorsze dowcipy (których w filmie nie brak), lecz także w momentach ewidentnie zaprojektowanych jako wzniosłe i wzruszeniu oraz dumie z męstwa bohatera służyć mające.

To kto był na tym pokazie? Bo w każdym znaczącym tytule prasowym film oceniono jako przynajmniej niezły. Widocznie recenzent Przekroju był na innym pokazie niż cała reszta - może jakąś inną wersję filmu puszczali?

 

Król (ukazany jako cyniczny żołdak, ale to nic nowego, vide „Powrót Robin Hooda” z Seanem Connerym)

Tak, jeden film wcześniej zrobili, 30 lat temu prawie, to ten pomysł już nic nie znaczy, to nic, że dobry Ryszard vs. zły Ryszard występuje w kinematografii w stosunku 100:1 - to przecież nic nowego.

A jak to zrobił Scott? Otóż skończył film w punkcie, gdy Robin jako banita trafia do Sherwood, czyli tam, gdzie inni reżyserzy zwykle zaczynali. Poznajemy zatem Robina w roku 1199 jako prostego łucznika w armii Ryszarda Lwie Serce wojującego we Francji (nie widzę przeszkód, by tę historię trochę opowiedzieć, bo suspensu w filmie ani za grosz). [i tu następuje dokładne streszczenie fabuły - przyp. pop]

Jasne kurwa, w pomyśle, że Robin nie jest Locksleyem, Ryszard ginie, a cała historia rozgrywa się przed ucieczką w ostępy Sherwood naprawdę nie ma za grosz zaskoczenia i trzeba czytelnikowi zaispolerować. Nienawidzę takich skurczysynów: nie podobał mu się film, ma poczucie straconego czasu i myśli sobie - jak ja się źle bawiłem to i innym spierdolę seans opowiadając cały film, a co, mają mieć lepiej ode mnie?

Dla porządku dodajmy tylko, że Wielką Kartę baronowie wymusili na Janie w roku 1215, a kiedy ten ani myślał ją wypełniać,

Ojej, to straszne, rozrywkowy film hollywoodzki przesunął datę o 16 lat i pan recenzent nie mógł się nauczyć z niego historii. Do szkoły  trzeba było chodzić.

 

Na koniec zaś wyznać muszę, że moja wściekłość na dżentelmenów, którzy tak koncertowo spartaczyli nową opowieść o Robinie, choć mogli ją na kilka różnych sposobów odegrać śpiewająco, bierze się także z powodów sentymentalnych. Wczesnochłopięca lektura „Wesołych przygód...” Pyle’a na długo zapadła mi w pamięć – dopiero znacznie później zrozumiałem dlaczego: chodziło najpewniej o sugestywny przekład Jerzego Krzysztonia, który zrobił z tej książki prawdziwe językowe widowisko – i pobrzmiewa mi w uszach do dziś.
I pamiętam też, jak wybrałem się, bodaj w 1978 roku, na radzieckie „Strzały Robin Hooda” (a tak! była i taka ekranizacja przygód Robina), także z powodu Włodzimierza Wysockiego, który śpiewał tam piosenki i chyba nawet grał poboczną rolę, i okazało się, że jestem jedynym spragnionym obejrzenia tego filmu. Wydałem więc całe kieszonkowe na zakup pięciu biletów – tylu było trzeba widzów, by seans się odbył, i ku widocznemu niezadowoleniu obsługi mojego prowincjonalnego kinoteatru obejrzałem to rozczulająco antyfeudalne, a jednak jakoś szlachetne dziełko w samotności. Zapamiętałem je zacznie lepiej niż napompowany pieniędzmi i gwiazdami gniot Ridleya Scotta.

No i wszystko jasne - film mu się nie podobał, bo nie był taki jak w dziecieństwie. Tak, przecież lubimy to co już znamy, a co inne to złe. Ja wiem, że każdy recenzent też człowiek, każda opinia jest subiektywna, naznaczona osobistymi doświadczeniami, wrażliwością etc. ale niektórzy powinni - ze względu na to, że mają zwykle odpowiednie wykształcenie, doświadczenie, a przede wszystkim biorą za to kasę - przynajmniej silić się na obiektywizm, a już na pewno przemilczać te bardziej osobiste czynniki wpływające na ocenę i tę ostatnią argumentować bardziej "obiektywnymi" przesłankami w rodzaju "amatorskie aktorstwo, chałupnicze efekty specjalne, dziurawy scenariusz" etc. Ale pan recenzent, a właściwie "czołowy poeta swojego pokolenia" [za wiki] bawiący się w recenzowanie filmów, uznał, że jest ponad to i walnął prosto z mostu - "nie podobało mi się bo nie było takie jak radziecki film, który oglądałem w dzieciństwie (a przy okazji poczytajcie jaki jestem zajebisty co udowodni załączona historyjka z czasów młodości)". No kurwa, żenada po prostu. A "Przekrój" się kompromituje publikując taką pseudo-recenzję z kompletnie nieuzasadnioną krytyką, podczas gdy wszyscy inni jak jeden mąż chwalą (umiarkowanie lub entuzjastycznie) film Scotta.

poniedziałek, 24 maja 2010, popkuriozysta

Polecane wpisy

Komentarze
ratyzbona
2010/05/31 21:34:38
A ja się nie zgodzę. Scott który wszędzie ogłaszał że opowie historię prawdziwą dokonał koszmarnego zmasakrowania historii - scenarzystom udało się tak dalece zmienić materię historyczną że nie tylko nie jest ona zgodna z tym co naprawdę się wydarzyło ale także kompletnie nie zgodna z szumnie zapowiadanymi realiami epoki. Ja byłam na zupełnie innym pokazie i też widownia wybuchała śmiechem w kilku momentach w których historia pokazywana na ekranie odbiegła od tego co zawierają podręczniki do historii. nie dziwię się też że streszczono fabułę - serio wydarzenia z historii świata między 1199 a 1200 nie są tajemnicą od jakichś 800 lat ( choć wersja Scotta nieco może znawców zaskoczyć). Moim zdaniem ta recenzja jest jedyną słuszną jaka ukazała się w prasie i wcale nie jest pseudo naukowa ale oddaje to co o filmie może myśleć człowiek który wie że Magna Carta Libertatum w 1199 jest szczytem głupoty podobnie jak inwazja francuskiego króla na wybrzeża Anglii. Nie miałabym pretensji gdyby film reklamował się jako Robin Hood historia kompletnie zmyślona.
-
Gość: Martin, *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl
2014/03/05 15:01:39
Robin Gud - tego jeszcze nie było :-)
-
2014/05/28 16:00:38
Też tak miałam, dla mnie bowiem film ten ewidentnie nie trzyma się tego, jak kino powinno obecnie wyglądać. Niestety, patos jest już passe,a Robin Gud miał go tyle, że nawet w krzesła biurowe Kraków się z tego śmieją :)